 |
|
|
Wszystkie archiwalne newsy publikowane
przez nas od stycznia 2007 do czerwca
2010 roku są dostępne w tym dziale, na
starej nieużywanej już wersji strony.
Nowa
strona główna serwisu KKSLECH.com |
|
 |
|
|
|
Z cyklu: "Okiem Kibica" - Wyjazd na mecz do Udine + Zdjęcia! |
W miniony czwartek piłkarze poznańskiego Lecha zakończyli swój udział w rozgrywkach Pucharu UEFA w tym sezonie. Do Udine, aby wspierać "Kolejorza" pojechało jednak prawie dwa tysiące kibiców, którzy mimo przegranej swojej drużyny, wyjazd do Włoch zapamiętają na długo. Dziś na łamach serwisu prezentujemy felieton "Okiem kibica" który opisuje wyjazd jednego z fanów Lecha mecz do Włoch.
WYJAZD
Start zaplanowaliśmy na 25 lutego na godzinę 21. Z racji tego że nasz główny kierowca Jurek, zna prawie całą tę trasę na pamięć, postanowiliśmy że najdłuższy odcinek trasy pokonamy w nocy, gdy jest znacznie mniejszy ruch. Wystartowaliśmy zgodnie z planem. Podróż przebiegała bez problemów. Jeszcze w Polsce zatrzymał nas policjant i powiedział że kilka godzin wcześniej w kierunku granicy jechało 5 autokarów z kibicami.Ambitnie założyliśmy sobie żeby dojechać do Monachium na godzinę 6-7 rano. Dzięki doskonałym niemieckim autostradom było to możliwe. Teraz widać ile nasi drogowcy mają jeszcze do zrobienia. Tuż przed świtem mijaliśmy stadion ALLIANZ ARENA. Niestety, widzieliśmy tylko jego zarysy na tle wschodzącego słońca i wielki napis. Mimo to robi wrażenie. Dalsza podróż przebiegała bez wielkich przeżyć i emocji. Od tankowania do tankowania, od stacji benzynowej do stacji benzynowej, od kawy do kawy. Powoli zaczęliśmy zbliżać się do przedgórza Alp. Z każdym kilometrem góry przed nami stawały się większe i większe. Pogoda za oknami też się zmieniła. Zamiast dotychczasowej prawie jesiennej, mieliśmy prawdziwą zimę z wszelkimi jej atrybutami. Drzewa pokryte były wielkimi czapami śniegowymi. Na poboczach wielkie zaspy nawet do 1,5 metra, ale drogi były czarne. Stopniowo z nizin zaczęły robić się wzniesienia, ze wzniesień góry i górki, a zza nich wyglądać zaczęły wielkie zaśnieżone szczyty. Droga z prostej i czasem mającej lekki łuk czy zakręt, stała się kręta i bardzo kręta. Zbocza były bardzo zalesione i zaśnieżone. Mijaliśmy małe mieściny. Czasem kilka domów, a czasem kilkanaście. Ale zawsze był w niej mały kościółek z bardzo wysoką wieżą. Sensacją był zameczek zawieszony wysoko nad urwista skarpą. Długo widzieliśmy go za sobą w lusterkach. Iście bajkowa sceneria. Ale prawdziwa niespodzianka dopiero na nas czekała. Tymczasem coraz bardziej zbliżaliśmy się do podnóża Alp i granicy Niemiec z Austrią. Zaczęły się tunele pod alpejskimi górami. Początkowo po 3 km później po 5 a nawet 6 km. Niesamowite wrażenie robi jazda w takim tunelu i w dodatku ze świadomością tej wielkiej ilości skał nad głową. Jeszcze większe wrażenie zrobił wyjazd z ostatniego tunelu. Po stronie niemieckiej zachmurzenie i ledwie oświecone przez słońce szczyty, a po stronie austriackiej słoneczna pogoda. Krótka trasa przez Alpy austriackie okazała się bardzo atrakcyjna pod względem wizualnym. Po przekroczeniu granicy austriacko-włoskiej pogoda z zimowej stała się prawie wiosenna.
WŁOCHY I UDINE
Wtedy też mieliśmy pierwszą kontrolę policyjną. Sympatyczny i mówiący łamaną angielszczyzną włoski policjant, sprawdził wszystkim dokumenty i upewnił się że jedziemy na mecz. Na stwierdzenie że: „Lech due – Udine zero” - tylko się szeroko uśmiechnął. Pogoda była na tyle ciepła, że spokojnie można było okrycia zimowe na postojach zostawić w samochodzie. Im bliżej było do Udine, tym było cieplej i słoneczniej, można by rzec wręcz wiosennie. Nadprogramowa chwila postoju została z pasją wykorzystana przez nas na podziwianie lekko zamglonej panoramy Alp i zrobienie kilku kolejnych fotografii.
Akurat wtedy minęło nas kilka pojazdów z poznańskimi rejestracjami. Zaczęło do nas docierać ilu kibiców jest w drodze, i z wielkimi nadziejami na zwycięstwo. Powoli zbliżał się cel podróży. Szybko zbliżaliśmy się do Udine. Myśleliśmy że po wjeździe do miasta znajdziemy stadion bez trudu. Niestety po ulicach Udine krążyliśmy przez kilkadziesiąt minut. Przykro to stwierdzić ale dojazd do stadionu dla osób spoza Udine jest mało czytelny. Bardzo pomógł nam miejscowy listonosz, który serdecznie się z nami przywitał i wskazał drogę na stadion. Byliśmy bardzo zaskoczeni miłym przyjęciem. Krążyliśmy po ulicach Udine szukając drogi do stadionu i z zaciekawieniem przyglądaliśmy się miastu. Ku naszemu zaskoczeniu praktycznie nie było budynków wyższych niż 5-6 pięter. Na przedmieściach królowały duże piętrowe wille w otoczeniu dużych ogrodów. Na ulicach spokój i wręcz lekko senna atmosfera. Mimo zmęczenia cieszyliśmy się z udanej pierwszej części naszej podróży. Czekało nas kilka godzin odpoczynku i oczekiwania na mecz.
STADION I OCZEKIWANIE NA MECZ
Kilka godzin po przyjeździe na miejsce, spotkała nas nie miła niespodzianka – pękł jeden z gumowych przewodów przy chłodnicy i straciliśmy prawie cały płyn chłodzący. Kibice stojący obok, zwrócili nam uwagę na powiększającą się plamę pod samochodem. Już wiedzieliśmy że droga powrotna będzie dłuższa i z przygodami, ale stwierdziliśmy że będziemy się tym zajmować później. Postanowiliśmy udać się na spacer do miasta. Nasz kierowca został w samochodzie i postanowił się przespać. Daleko nie zaszliśmy, bo robiąc zdjęcia przy starej dzwonnicy kościelnej, zwróciliśmy na siebie uwagę policji, a konkretnie moja koszulka z herbem klubowym, który było widać spod bluzy. Łamanym angielskim jeden z nich powiedział, że nie możemy być w mieście, tylko w okolicach stadionu. Totalnie nas to zaskoczyło, bo jeszcze w Poznaniu dowiedzieliśmy się że wszyscy przyjezdni mają się spotkać na jednym z placów w Udine. Tam gościnni Włosi zorganizowali dla poznańskich kibiców darmowy poczęstunek miejscowym chlebem i serem, oraz białym i czerwonym winem. Jednak niestety nie dane nam było posmakować miejscowych specjałów, musieliśmy zawrócić. Spacer do miasta zamieniliśmy na spacer dookoła Stadio Friuli. Im dłużej on trwał, tym bardziej przestawał się nam podobać ten stadion. Na jednym z parkingów zobaczyliśmy klasyczny czerwony angielski piętrowy autobus. Zdecydowanie wyróżniał się na tle ponurej szarości stadionu i otaczających go parkingów. Ze zdumieniem zobaczyliśmy że to coś na kształt sklepu dla kibiców Udinese. Samorzutnie nasunęło się porównanie z naszym sklepem na stadionie... Jeszcze bardziej zaskoczyło nas podanie cen artykułów w euro i złotych, no i przelicznik złoty na euro: 5:1. Zdegustowani wróciliśmy do samochodu. Powoli mijały godziny. Obok nas na parkingu pojawiało się coraz więcej pojazdów na znajomych dla nas tablicach... Oczekiwanie przerywały rozmowy z nowoprzybyłymi i wymiana uwag na temat podróży. Pokaz swojej nieudolnej organizacji dali Włosi, w okolicach godziny 19. Zamiast rozpocząć wpuszczanie na stadion coraz bardziej gęstniejącego i zniecierpliwionego tłumu kibiców Lecha, bezsensownie trzymali się wcześniejszych ustaleń. Podobnie sytuacja przedstawiała się po drugiej stronie stadionu, przy wejściach dla prasy i fotoreporterów. Mimo posiadania odpowiednich akredytacji, musieliśmy pokornie czekać na otwarcie stadionu. Na nic się zdały interwencje pani Joanny Dzios, naszego rzecznika prasowego. Wreszcie otwarto bramy i ruszyliśmy. Kolejny raz pojawiło się lekkie zdegustowanie – droga dojścia do płyty boiska przypominała labirynt. Sam stadion widziany z dołu, z bieżni sprawiał wrażenie naprawdę dużego, ale było to spotęgowane właśnie bieżnią. Inna sprawa że tartan też nie był, w najlepszym stanie – widać było miejsca w których był popękany. Pierwszą rzeczą która rzucała się w oczy, był pełniutki sektor poznański ale widać było ze to jeszcze nie wszyscy. Kolejna grupa poznańskich kibiców znajdowała się na głównej trybunie. W innych sektorach też widać było polskich kibiców. Rozpoczęło się pełne niecierpliwości oczekiwanie na początek spotkania. Nie wiem jak to było widoczne z trybun, ale z poziomu bieżni zauważyłem że kierownik naszej drużyny Łukasz Mowlik, szef ds. bezpieczeństwa pan Szlachetka oraz jeden z przedstawicieli UEFA, podeszli pod sektor poznaniaków. Okazało się że zastrzeżenia budzi jedna z fan zawieszona na płocie. Dość długie pertraktacje spowodowały, że została zdjęta. Podobne emocje wzbudziła długa i duża fana Arki Gdynia, która w efekcie wylądowała na sąsiednim sektorze. Obok niej znalazły się zaraz inne, równie sporej wielkości fany... Nie wiem czy zastrzeżenia były co do ich wielkości czy tematu... Pewne rozbawienie wzbudził głośny i dobrze słyszalny okrzyk jednego z naszych kibiców: ”Nie martw się Mowlaj, będziemy grzeczni”.
Sam mecz pominę bo wszyscy chyba już napisali o nim wszystko i kolejny opis nie jest już potrzebny, ale nie mogę się oprzeć chęci wyrażenia swoich uczuć. Po strzeleniu bramki przez nasz zespół, w gronie fotoreporterów zapanowała ogromna radość. Stanęliśmy i nie bardzo było wiadomo gdzie skierować obiektyw; czy na cieszących się przed nami zawodników, czy też na szalejąch na trybunach poznaniaków. Osobiście dawno nie czułem takiej dumy z naszych chłopców. Przez wielu skazani na przegraną, pierwsi strzelają bramkę i dalej gniotą Włochów. „WIELKI KOLEJORZ KKS” – jedyne słowa które cisnęły się na usta w rytm melodii płynącej z trybun. Wreszcie doczekaliśmy się tej chwili triumfu. Mimo że jestem fotografem i moim zadaniem jest robienie zdjęć, to mimo woli śpiewałem razem z naszymi fanami. No bo jakże inaczej? W drugiej połowie po strzeleniu bramek przez Udinese, miejsce euforii zajął smutek i niedowierzanie. „ Jak to ? Już po wszystkim? Tak po prostu? Praktycznie bez walki w drugiej połowie oddalismy im zwycięstwo?” Ale tak to bywa, że raz się zwycięża a raz przegrywa.
W drodze powrotnej zastanawialiśmy się wspólnie dlaczego tak się stało. Dlaczego nasi chłopcy wyszli na druga połowe jakby stłamszeni i przygnieceni. Grali bez wiary w sukces. Może świadomość że mają okazję zajść tak wysoko, znowu pokonać bardziej renomowanego przeciwnika trochę spętała im nogi? Pewnie nigdy się tego nie dowiemy. Jedno jest pewne, możemy być z naszego Lecha dumni. Nie przynieśli wstydu i o naszym mieście było głośno w Europie. Oby w nowym sezonie było tak samo o ile nie lepiej – takie rozważania snuliśmy sobie siedzac w samochodzie i tym samym rozpoczynając
DROGA DO DOMU
Po meczu zapakowaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy w drogę powrotną. Wyjazd ze stadionu i miasta odbył się całkiem sprawnie. Zrobiliśmy tylko jeden błąd – nie sprawdziliśmy poziomu płynu w chłodnicy. Starczyło go tylko do pierwszej stacji benzynowej za miastem. Szybki zjazd z autostrady i już staliśmy przy dystrybutorze. Przy okazji zatankowaliśmy paliwa pod korek i poszliśmy do sklepu na stacji. Widzieliśmy że wewnątrz jest sporo ludzi, ale myśleliśmy że jest to kolejka do kasy. Gdy weszliśmy do środka zobaczyliśmy zobaczyliśmy jak bardzo się pomyliliśmy. To nie była grupaklientów, ale tę grupą ludzi w koszulkach i ze szalikami byli kibiców Udinese...
Fani Udinese przy piwie i winie świętowali sukces swojej drużyny. Duży gwar mocno przycichł gdy zobaczyli nas w barwach Lecha. Bacznie zaczęli się nam przyglądać, ale rozeszliśmy się po sklepie i uznali że nie jesteśmy jakimś zagrożeniem. Gdy wychodziliśmy z budynku na stację wjechały kolejne samochody z naszymi kibicami. Po uzupełnieniu płynów ruszyliśmy w dalszą podróż, która zawiodła nas w okolice Salzburga. Od tego momentu przez cała Austrię towarzyszyła nam śnieżna zawierucha. Droga błyskawicznie pokryła się grubą warstwą śniegu. Prędkość podróży straszliwie spadła. Nieliczni podróżujący znacznie zwiększyli odstępy między pojazdami, które i tak były już spore. I tak było przez całą Austrię aż do granicy z Niemcami. Po jej przekroczeniu do śniegu dołączył jeszcze deszcz. W takiej pogodzie dojechaliśmy w okolice Monachium. Tam postanowiliśmy trochę odpocząć i się zdrzemnąć. Decyzję ułatwiły coraz gorsze warunki do jazdy. Po około 3 godzinach ruszyliśmy dalej, tym bardziej że zanikły opady śniegu ale deszcz pozostał. Pogoda za bardzo nam nie ułatwiała powrotu do domu a na dodatek problemy z samochodem zaczęły się robić coraz większe. Postoje stawały się coraz częstsze bo okazało się że z drugiego węża przy chłodnicy zaczyna też lecieć woda. Kilka kilometrów od granicy niemiecko-polskiej stanęliśmy na dobre. W eter przez CB poszło wezwanie i prośba do polskich kierowców o dostarczenie choćby kilku litrów wody by dojechać do najbliższej stacji benzynowej. Na rodakach w trudnych chwilach można jednak polegać. Do stacji dotarliśmy o własnych siłach i po kilkunastu minutach zaopatrzeni w wodę ruszyliśmy dalej. Minęliśmy granicę i w miejscami dość żółwim tempie zbliżaliśmy się do Poznania. Kiepskie drogi przypomniały że jesteśmy już w Polsce... Tak przebiegła nasza wyprawa na mecz Lecha bo przecież „za Lechem przemierzamy świat”.
Autor: Krak
Poniżej prezentujemy kilkanaście fotografii, które zostały wykonane w trakcie podróży:

Źródło: inf. własna Fot: Krzysztof Krause - KKSLECH.com
Redakcja serwisu KKSLECH.com nie ponosi żadnej odpowiedzialności za treść komentarzy dodanych przez użytkowników. Każdy natomiast ma możliwość wyrażenia swojej opinii na dany temat i może się nie zgadzać z opinią innej osoby, ale zabrania się dodawania komentarzy, które obrażają czyjąś godność, są wulgarne lub reklamują inne witryny internetowe. |
| Dodał:
Redakcja, 03.03.2009, 00:44 |
komentarze [3] |
[skomentuj] [wróć do newsów]
ahhh te Alpy jeszcze tam co roku do Villach niestety w tym roku nie bylem ale za rok na pewno odwiedze:) |
|
Yama 03.03.2009, 01:01 |
niezle ale troche dlugie... fajne przygody na trasie |
|
TOMO 03.03.2009, 01:34 |
ladne fotografie |
|
David 03.03.2009, 12:46 |
Powered by PsNews
|
|
 |
|
|